top
   
 
 
Menu
Strona główna
O portalu
Siatkarskie ABC
Historia siatkówki
Siatkarskie media
Okiem kibica
Partnerzy
Kontakt
_
Szukaj
Powiadomienia

Strona główna arrow Okiem kibica arrow All Star Disco
All Star Disco Drukuj Wyślij znajomemu
20.01.2009.
 

(Źródło: Oficjalna strona Daniela Plińskiego

O Meczu Gwiazd usłyszałam dość wcześnie, żeby się zastanowić nad kwestią oglądania go na własne oczy. W sumie nieplanowany wydatek w budżecie dałoby radę podciągnąć pod kategorię „prezent urodzinowy”, bo co to w sumie 10 dni… Mogę przecież sama sobie kupić prezent wcześniej, prawda? Prawda. No kto jak kto, ale taki mistrz argumentów, jak ja, z łatwością poradził sobie z tak uległym materiałem, jak ja. Dałam się namówić. 

Godzinne studiowanie rozkładu miejsc na e-bilet.pl, wnikliwe analizy dostępnego materiału wideo pod kątem publiki zaowocowało wyborem miejsca. Chciałam się wstrzelić równo za kwadrat. Tak powiedzmy w rożek, żeby mi te długie drągi nie zasłaniały boiska za bardzo, ale żeby mieć oko na ich radosne hebefrenie, których się spodziewałam. Wykorzystując do obliczeń całki i liczby urojone, a także rachunek prawdopodobieństwa, wytypowałam konkretny kwadracik na e-bilet. Strzał zaowocował linkiem do strony z moim prywatnym biletem. Zapisałam starannie, acz podejrzliwie. Wydrukowałam w pracy – największy bilet, jaki w życiu posiadałam – formatu A4. Poskładałam elegancko, schowałam w miejscu, które na pewno zapamiętam i pozostało czekanie. W tym mam dużą wprawę, więc poszło jak z płatka. W międzyczasie rozpracowałam połączenia Szczecina z Warszawą, co pozwoliło mi zaoszczędzić niemal połowę kasy na podróże. Zadowolona podwójnie, dożyłam sobotniego poranka.

Podróż do Warszawy mignęła, nie wiadomo kiedy, poszukiwania hali i próby dostania się do wnętrza też nie zajęły wiele czasu. Oczekując na magiczną godzinę otwarcia drzwi, stałam sobie podziwiając tępotę niektórych kibiców. Usiłowali mianowicie wjechać na malutki parking przy hali. Doprawdy, czy to duża sztuka wpaść na pomysł, że parking ten będzie zarezerwowany dla VIP-ów? Widać duża. Stojąc i obserwując, niemal przeoczyłam naszego Michalsko-Anielskiego Falasca… Szedł sobie bez ochrony po parkingu, wesoło machając dłonią w naszą stronę. Kibice chyba nie uwierzyli, że to on, bo bez zaczepiania wszedł do środka. Chwilę później stwierdziłam, że zmarzłam wystarczająco i też spróbowałam wedrzeć się do środka. Dzięki mojej przyjaciółce, którą z tego miejsca serdecznie pozdrawiam, miałam możliwość skorzystania z tego samego wejścia, co rozgrywający drużyny zagraniczniaków. W wejściu grzecznym „cześć” przywitał nas Misiek Bąkiewicz, rozmawiający przez fona. Pewnie mnie pomylił z kimś, albo po prostu jest grzeczny ogólnie. 

Zbliżając się do wydrukowanego na papierze sektora, z niepokojem stwierdziłam, że rzeczywistość nieco się różni od tej, którą mi przedstawiono w necie. Moje starannie wybrane miejsce ma numerek o dziesięć mniejszy, niż to, co mam na wydruku. Znaczy się, albo e-bilet rozciągnął warszawską halę, albo organizatorzy ją skurczyli, żeby zrobić mi na złość. Na dodatek w odległości niecałych dwóch metrów postawili mi głośniki, z których waliły dźwięki, jakby ktoś burzył mury Jerycha. Normalnie odzież mi się ruszała za każdym razem, kiedy pan Magiera przemawiał do publiki. Z obawą czekałam na muzyczkę, pewna, że nas zdmuchnie z siedzeń. 

 Drużyna "Zagranicy" (kliknij aby powiększyć) Ludzie, wkurzając mnie do białego, defilowali z jednej strony na drugą, skutecznie zasłaniając boisko. Furia rosła. Nasi wyszli się rozgrzewać, zatem część publiki, co już grzecznie siedziała na miejscach, runęła do band, w celu zdobycia na gwiazdach trofeów. Co się który zawodnik za bardzo zbliżył do gawiedzi, natychmiast wpadał w szpony rozemocjonowanych łowców. A to podpisik, a to zdjątko, a to prezencik…Koledzy dzielnie ratowali bidoków, żeby choć na chwilę wrócili na rozgrzewkę. Nasza najmłodsza stażem gwiazda, Paweł Zatorski, wydawała się nieco spięta, ale też dość rozweselona. Rozumiem, strach przed profesurą. Matura za chwilę, niejeden belfer może mieć pretensje, że młodzian zamiast kuć „co poeta chciał powiedzieć” woli się bawić piłką z kumplami. Do profesorskiego grona apeluję w imieniu kibiców siatkówki:  wybaczcie, to w szczytnym celu!

Po obu stronach siatki widać było radosne rozluźnienie. Uśmiechy nie schodziły z twarzy, żartom i docinkom nie było końca. Panowała atmosfera iście piknikowa.

Ogłoszono konkurs na gwoździa, wyjaśniając przy okazji, co mniej kumatym, na czym ma polegać. Zawodnicy podeszli do stanowisk i rozpoczęli demolowanie warszawskiej nawierzchni. Zibi B oraz Maniek W postanowili przy okazji rozwalić miejscowym i sufit, co spotkało się z zachwytem kibiców. Pewnie wszyscy byli przyjezdni i wykombinowali, że jak dwaj nasi strzelcy rozwalą tę halę, to następny mecz im bliżej domów zorganizują. Naiwniacy. Gwoździa zdobył Zibi, ku uciesze publiczności, ale uczciwie mówiąc – wybór był naprawdę ciężki. Maniek deptał mu po piętach, a i zagraniczni walili zdrowo.

Przed oczami rozgrywała mi się fajna zabawa koszulkami. Panowie ściągali te ćwiczebne, żeby założyć meczowe, po czym okazywało się, że jeszcze nie, nie gramy, więc ściągali meczowe, zakładając ćwiczebne. Łukasz się wziął na sposób i pod ćwiczebną nałożył meczową, odejmując sobie ze dwa strip teasy.

Daniel Pliński wbiega na parkiet (kliknij aby powiększyć) Kiedy wszyscy doszli do ładu z odzieżą, rozpoczęto oficjalne uroczystości. Zgoniono zawodników do wejścia, ustawiając im z przodu znane z kalendarza panienki z pomponami. Panienki fikały nóziami, machały biało-czerwonym tworzywem sztucznym, a panowie Gwiazdy przedzierali się na boisko. Uczciwie powiem, że publika zdała egzamin, oklaskując zagranicznych gorąco. Skład – zgodny z zamówieniem. Przyjechał nawet poszkodowany na palcu Samik, którego gorąco pozdrawiam. Bardzo miło mi było, że się pofatygował, żebym go mogła obejrzeć LIVE. Nasi wbiegli przy znacznie większym aplauzie publiki, co było oczywiście do przewidzenia, po czym szóstki pojawiły się na boisku. I w tym momencie prawie trafił mnie szlag, bo w miejsce jednego z moich dwóch ulubionych środkowych zobaczyłam Benka. Mój stosunek do Benka jest dość znany, dlatego nie będę się dalej nad nim rozwodziła. Oburzenie było pełne, bo nie po to klikałam na Daniela, żeby patrzeć na kogo innego. Na dodatek głośnik robił swoje i nie słyszałam własnych myśli. Nic. Obrzuciłam trenera Stelmacha pełnym goryczy spojrzeniem, którego był uprzejmy nie dostrzec i wróciłam do meczu. Panowie w ramach powitań wykopsali w trybuny zestaw piłek, jak zwykle celując głównie w jednym kierunku. Wyłamał się Paweł Zagumny, puszczając piłkę na naszą ścianę, ale za daleko ode mnie. Nie zaryzykowałam kalectwa. Pincet takich mogę mieć. Chyba.

Początkowo widziałam głównie plecy Pawła Papke, który jako jedyny zajął miejsce w kwadracie, na szczęście chyba zdrętwiały mu nogi, bo sobie zaraz poszedł. Odsłoniło mi to kawałek boiska, gdzie szaleli nasi panowie. Muszę przyznać, że bawili się świetnie, a Paweł Zatorski wyrabiał sobie markę na przyszłość. Dla niego ten mecz był debiutem w składzie Gwiazd, ale według mnie, zdał egzamin na piątkę. Zaprezentował to, co lubię najbardziej, czyli walkę o każdą piłkę, przyjmując naprawdę niełatwe zagrania naszych rodzimych inostrańców. To dobrze, że mamy w zapasie takiego walczaka, bo potrafi poradzić sobie nie tylko z piłkami, ale także z tremą.

Ławka rezerwowych gorąco dopingowała (kliknij aby powiększyć)Zabawa trwała. Panowie grali ręcyma i nogami, Maniek zapodał kilka widowiskowych obron, Murek z Kadziem bez oszczędzania rzucali się szczupakami na ziemię, michy cieszyły się wszystkim. Jak się okazało, w tym secie zagranicznym bardziej, bo to oni wygrali. W przerwie rozpoczęto licytowanie odzieży naszych najulubieńszych. Na pierwszy ogień poszła koszula Daniela Plińskiego. Dobrze, że licytujący panowie siedzieli dość daleko, bo krew by się chyba polała. W każdym razie odzież naszego gospodarza poszła za 1800 polskich złotych. Ciekawe, za ile pan Magiera opchnąłby skarpety? I czy jako komplet, czy każdą oddzielnie? Daniel bardzo się cieszył, że tak wysoka jest wartość tego, co ma w szafie, co nie dziwi w dobie kryzysu. Pan z kamerą zachwycił się naturalną radością naszego gospodarza i tak się zaangażował w jej pokazywanie telewidzom, że sędzia go niemal siłą zwlekał z boiska. Koszulkę Pawła Zagumnego kupiono za 1600, ale pewnie dlatego, że się panu forsa w portfelu skończyła. I tak podziwiam, ja dysponowałam kwotą 50 zł… Odzieży Łukasza nie zlicytowano, mecz skończył się wcześniej, niż było planowane. Podobno będzie do kupienia na stronach gdzieś. Chyba PZPS-u… Nie słuchałam, nie dysponuję gotówką pozwalającą na zakupy w TYM sklepie.

Bijące pokłony trio (kliknij aby powiększyć)W drugim secie, malowniczo rozbawione, pojawiło się przede mną senne marzenie stomatologów – Jaśko Fińczyk… Pokazując w szerokim uśmiechu nie tylko olśniewające uzębienie, ale także niemal migdałki, czarował naszą część publiki. Ponieważ nieco zdechnięte było liczenie do trzech naszym zagranicznym Gwiazdom, organizatorzy postanowili pomóc publice. Podzielili role, co od razu wzmogło hałas, aczkolwiek ciągle się myliło, czy to baby mają odliczać, czy facety. Dokonano stosownych zmian i na boisku pojawili się do tej pory siedzący na ławkach, w tym wyczekany Danilo. Sędziowie nie chcieli współpracować, więc nasz hiroł postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i pomóc nieco drużynie. Nie wiem, w jaki sposób, bo mi zasłaniali zawodnicy i trenerzy, ale zwolnił liniowego z obowiązków, przejmując chorągiewkę. Niestety, bez efektu, bo pierwszy sędzia nie współpracował. Łobuz. Pan Magiera też zauważył, że z jego strony widać zupełnie, co innego, niż sędzia stwierdzał. Szło nam różnie. Marko Samardzic rozszalał się po drugiej stronie zupełnie nieumiarkowanie, atakując z drugiej linii. Łukasz próbował odwrócić uwagę klubowego kumpla, wsiadając mu na plecy, ale Serb nie specjalnie się przejął. Mimo pełnego zaangażowania naszych, których w pewnym momencie na boisku było siedmiu, nic się nie dało zrobić. Sędziowie potraktowali nas po macoszemu, każąc natychmiast zabrać wspomaganie. Nic dziwnego zatem, że drugiego seta przerżnęliśmy bardziej, niż pierwszego, a polskie Gwiazdy wróciły w zasięg mojego wzroku.Miałam jeszcze nadzieję, że zagranicznym wstyd będzie tak rozwalić nas do zera, ale mimo starań, naszym nie udało się dogonić przeciwników. Wspieranie zdalaczynne uprawiali mi pod nosem Marcin Wika, Dawid Murek i Maniek Wlazły, bijąc pokłony do ziemi po każdym zdobytym przez Michała Bąkiewicza punkcie. Michał dzielnie się trzymał, reperował nasze konto, jak ja dziury w domowym budżecie, ale nie udało się dogonić zagraniczniaków. Dostaliśmy w tyłek boleśnie, trzy do zera.

Wręczenie pamiątkowych "Złotych kul" (kliknij aby powiększyć)W zakończenie imprezy wdarło się nieco chaosu, bo wszyscy chcieli wszystko. Zawodnicy chcieli podziękować sobie, przeciwnikom, publiczności, publiczność chciała dokończyć zbieranie trofeów, organizatorzy chcieli rozdać, co mieli do rozdania i rozgonić publikę do domów, telewizornia chciała wywiadów… Istniała obawa, że się obecni rozszarpią na sztuki. Na szczęście jakoś naturalnie pohamowali swoje żądze i powolutku uzgodniono, jak będzie wyglądała kolejność wydarzeń. Wręczono pamiątkowe kulki, podziękowano sobie nawzajem, nam, organizatorom i każdemu, kto tam się nawinął. MVP meczu został Terence Martin, który niewątpliwie podbił serca kibiców swoimi nietuzinkowymi zagraniami i wesołą naturą.

MVP Meczu Gwiazd - Martin Terence (kliknij aby powiększyć)Korzystając z okazji, przecisnęłam się bliżej Gwiazd, wsłuchując w zestawy pytań dziennikarskich. Rozwalił mnie pan krzyczący za Marcinem Wiką „panie Mariuszu”. Nieco czasu minęło, zanim się Marcin zorientował, że to do niego wołają. Wywiady, autografy, zamieszanie… I wszędzie dokoła rozbawione twarze. Uśmiechy od ucha do ucha, błyszczące wesoło oczy. Fajna zabawa.  Obserwując od wejścia na halę Łukasza Kadziewicza doszłam do wniosku, że wreszcie przestaną się go czepiać kibice, bo od początku do końca był dostępny dla wszystkich chętnych ze wszystkich stron bandy. W czasie rozgrzewki, w czasie meczu, po meczu, po wyjściu z szatni…

Już w pociągu doszły mnie wieści, że całej kupie luda mecz się nie podobał. Dotarłam do domu i przeczytałam komentarze w internecie. Polska reprezentacja się skończyła. Nie ma nadziei na wygrywanie forever and ever. Daliśmy ciała jak przedszkolaki. Wstyd na całą Europę. Czemu trenerzy nie robili zmian, skoro ten czy inny się nie sprawdzał? Patrzę w ten ekran i oczom nie wierzę. Ludzie! To zabawa miała być! Dostaliśmy w tyłek, ok., szkoda. Ale żeby tragedia? Wszyscy podeszli do meczu na luzie, z wyjątkiem sporej grupy kibiców. Po meczu Północ-Południe podniosły się głosy, że zabawy nie było, że na serio taki ten mecz wyszedł, że nie wszystkie zawodniczki miały okazję się pokazać, że to przecież nie mecz na śmierć i życie… Teraz była zabawa, wszyscy pograli, nie było wypruwania sobie flaków – też źle. Środek sezonu, bardzo nieszczęśliwego, jeśli chodzi o ilość kontuzji w klubach, część zawodników świeżo odkurowanych, ale nie. Mają się pozabijać w walce o nic. Bo kibic najlepszy na świecie - we wszystkim jest naj. Także najlepszy w marudzeniu. Może to kwestia natury, ale jako wielka optymistka, z meczu Gwiazd jestem bardzo zadowolona. Uśmiechnięte twarze ulubieńców są dla mnie więcej warte niż setki literek wstukanych w neta przez malkontentów. Panowie – dziękuję. Także tym, którzy nie rozumieją po polsku. Jedenaście godzin w pociągu i kilka dodatkowych tułania się po Warszawie, to naprawdę niewysoka cena za te kilka godzin dobrej zabawy z Wami.

Słowniczek wyrazów pomocniczych dla inteligentnych inaczej:

Boisko – pomarańczowy prostokącik 18x9, podzielony siatką, co by się sędziemu drużyny nie mieszały.
Hebefrenie
-  to, co wyprawiają zawodnicy w kwadracie, kiedy myślą, że nikt ich nie widzi, zwłaszcza telewizornia (dla psychiatrów - całkowita dezorganizacja psychiczna).
Hiroł -
 Daniel Pliński w akcji, w firmach zagramanicznych zwykle Dżejms Bond lub inny przerośnięty nietoperz o nietypowych zdolnościach.
Inostraniec
– (z języka niektórym nie bardzo obcego) gość, który do Polski przyjechał na kontrakt albo przypadkowo zabłądził w lesie (zwykle w okolicach Bieszczadów).
Piłka
– nadmuchany świński pęcherz, który dwunastu chłopa przerzuca nad siatką; może być obszyty kolorowymi szmatkami, żeby się nikt nie brzydził.  
Pincet – słowny zapis cyfry 500 w wersji dla nonszalanckich arystokratów.

Warszawa, 17.01.2009


Komentarze użytkowników (1)
Wystawiony przez 2222, z 17-02-2010 08:21, IP 78.8.224.169
:roll :zzz :? :cry :( :x dupa
 
» Zgłoś komentarz moderatorowi

Dodaj komentarz



mXcomment 1.0.7 © 2007-2010 - visualclinic.fr
License Creative Commons - Some rights reserved

Strona główna | O portalu | Siatkarskie ABC | Historia siatkówki | Siatkarskie media | Okiem kibica | Partnerzy | Kontakt |



Wykorzystanie tekstów znajdujących się w serwisie możliwe za podaniem autora i źródła.
Joomla!